W tym odcinku vloga „W garniturach” mec. Dawid Pietrzak wyjaśnia, na czym polegały zjawiska missellingu i tworzenia sztucznej zdolności kredytowej u kredytobiorców frankowych.

W latach 2003-2006 kurs franka szwajcarskiego zaczął spadać. Było to zjawisko przeciwne do tego, co dało się zaobserwować przez poprzednią dekadę. Banki zauważyły wówczas możliwość pomnożenia swoich przychodów na sprzedaży kredytów frankowych. Banki wiedziały bowiem o tym, że spadek kursu franka jest tendencją chwilową, a późniejszy wzrost kursu franka pomnoży przychody z kredytów frankowych.

Agresywna akcja sprzedaży kredytów frankowych została przeprowadzona na dwóch płaszczyznach. Pierwszym instrumentem było zafałszowanie procesu badania zdolności kredytowej klientów.

Banki do badania zdolności kredytowej frankowiczów wykorzystywały analogiczne schematy analizy, jak w przypadku kredytobiorców złotówkowych, ewentualnie wprowadzając maksymalnie 20-procentowe odchylenia. W rezultacie, każdy kredytobiorca uzyskiwał wyższą zdolność kredytową, ponieważ początkowo niższe raty kredytu frankowego w porównaniu do kredytów złotówkowych powodowały, że każdy kredytobiorca za swoje wynagrodzenie był w stanie spłacać wyższe zadłużenie.

Oznacza to, że tysiące kredytobiorców, którzy nie mieli zdolności kredytowej, uzyskiwali tę zdolność w przypadku kredytów frankowych, a ci kredytobiorcy, którzy mieli już zdolność na zaciągnięcie kredytu, uzyskiwali zdolność za zaciągnięcia wyższego kredytu.

Szkopuł polegał jednak na tym, że model badania zdolności kredytowej nie uwzględniał spodziewanych wzrostów kursu franka szwajcarskiego. W konsekwencji, bank nie badał, czy kredytobiorca ma zdolność kredytową w przypadku wzrostu kursu franka z 2 zł do 4 zł i związanego z tym wzrostu zadłużenia o np. 100%.

Banki badały zdolność kredytową frankowiczów przyjmując założenie, że w perspektywie 30 lat kurs franka nie wzrośnie więcej niż o 20%, mając przy tym wiedzę, że w latach 1993 – 2003 kurs franka wzrósł trzykrotnie z wartości 1 zł do 3 zł.

Dzięki temu banki mogły sprzedać tysiące kredytów frankowych osobom nieposiadającym zdolności kredytowej, albo posiadającym niższą zdolność kredytową niż uzyskany kredyt. Zniekształcając zdolność kredytową banki sprzedały więcej kredytów, a w przypadku kredytobiorców posiadających zdolność kredytową – kredyty w wyższej kwocie.

Drugą płaszczyzną skutkującą wzrostem sprzedaży kredytów frankowych był tzw. misselling, czyli nieuczciwe praktyki rynkowe banków, przejawiające się w proponowaniu konsumentom kredytów frankowych, nieodpowiadających ich potrzebom i stwarzających dla kredytobiorców zagrożenie. Jednocześnie, banki wprowadzały kredytobiorców w błąd poprzez podkreślanie korzyści związanych z kredytem, a z drugiej strony zatajanie informacji o ryzyku walutowym.

Na podstawie doświadczeń wynikających z wysłuchania dziesiątek zeznań kredytobiorców frankowych można w uogólnieniu powiedzieć, jak wyglądał model informowania kredytobiorców o kredytach frankowych. Do placówki banku lub doradcy kredytowego przychodził konsument szukający kredytu na zakup mieszkania lub domu. Doradca kredytowy sprawdzał zdolność kredytową i informował konsumenta, że może mu zaproponować kredyt złotówkowy lub frankowy, ale kredytów złotówkowych nie poleca, ponieważ są drogie i nieopłacalne, a nierzadko konsument nie ma w ogóle zdolności kredytowej na kredyt złotówkowy. Natomiast kredyty frankowe biorą wszyscy, są tanie, nawet o kilkaset złotych na racie, a zarazem bezpieczne.

Często konsumenci byli informowani, że frank szwajcarski to najstabilniejsza waluta świata, kurs franka jest bardzo korzystny, a zmiany wysokości rat będą nieznaczne. Kwota kredytu będzie wypłacona w złotówkach i raty będą spłacane w złotówkach, więc dla przeciętnego konsumenta kredyt ten oprócz nazwy niczym nie różnił się od normalnego kredytu.

Trudno byłoby znaleźć racjonalne wytłumaczenie, dlaczego tak poinformowany konsument miałby zrezygnować z kredytu frankowego, polecanego przez specjalistę działającego na rzecz instytucji zaufania publicznego i wybrać ten drogi i niekorzystny kredyt złotówkowy?

Należy zwrócić uwagę, że ów doradca kredytowy, który miał dostarczać konsumentom rzetelnej informacji o ryzyku walutowym i jego konsekwencjach, otrzymywał zazwyczaj wyższą premię za sprzedaż kredytu frankowego niż złotówkowego. Warto zatem odpowiedzieć sobie na pytanie, czy zależało mu na przekazaniu informacji, które miały zniechęcać do kredytów frankowych.

Powyższy schemat dobrze obrazuje scena zawarta w filmie Big Short, kiedy to Mark Baumann rozmawia z doradcami kredytowymi (50-53 minuta).

Niestety, z przesłuchań wielu doradców kredytowych przeprowadzonych w procesach frankowych, jak również przesłuchań ich przełożonych, wynika brak winy doradców za przedstawiony stan rzeczy, ponieważ doradcy kredytowi sami nie zostali przeszkoleni w zakresie tego, z jakim ryzykiem wiążą się kredyty frankowe i na czym w ogóle polega ryzyko walutowe. Bardzo często zupełnie szczerze zeznawali, że nie mieli wiedzy o możliwych konsekwencjach zmian kursu waluty dla wysokości zadłużenia kredytobiorców frankowych.

Reasumując, doradcy kredytowi co do zasady nie mieli wiedzy o ryzyku walutowym ani interesu w tym, aby uświadamiać kredytobiorców o poziomie tego ryzyka. Spowodowało to powstanie zjawiska missellingu, w ramach którego przedstawiciele banków oferowali kredyty frankowe jako jedyny słuszny, tani i bezpieczny wybór konsumentom, którzy nie mieli wiedzy jakie niebezpieczeństwo ukrywa się w tym kredycie.

Mądry Polak po szkodzie. Teraz każdy zdaje sobie sprawę, jakie konsekwencje wywołuje ryzyko walutowe, ponieważ sprawa stała się medialna. Stwierdzeń funkcjonujących w mediach, że frankowicze wiedzieli co podpisują, chcieli taniego kredytu, a w związku z tym sami są sobie winni, nie można traktować poważnie. Osoba wygłaszająca podobne tezy nie ma świadomości tego, z jaką łatwością instytucje finansowe manipulują nieświadomymi konsumentami i nie ma też świadomości, jak powinna wyglądać rzetelna informacja banku o ryzyku walutowym.

Wracając do oceny roku 2008 i lat wcześniejszych należy stwierdzić, że nikt z klientów nie miał wówczas rzetelnej wiedzy o ryzyku walutowym zawartym w kredytach walutowych. Klient przychodził do banku, żeby wziąć kredyt, a nie żeby spekulować na kursach walut. Dopiero parę lat, a niekiedy miesięcy po zaciągnięciu kredytu konsumenci uświadamiali sobie, że nie jest to zwykły kredyt, tylko kredyt połączony z dźwignią finansową uzależnioną od kursu waluty CHF bez żadnego limitu odpowiedzialności.

Prawda jest taka, że zarówno bankom, jak i doradcom kredytowym, zależało na sprzedaży jak największej liczby kredytów, podobnie jak w Stanach Zjednoczonych sprzedawano każdemu bez zdolności kredytowej kredyty subprime.

Nieświadomym kredytobiorcom frankowym banki i doradcy kredytowi „wciskali” jak najwięcej kredytów, na jak największe kwoty. Może nie doradcy kredytowi, ale zarządy banków doskonale wiedziały, że eldorado frankowe skończy się, kiedy frank poszybuje w górę.

Podsumowując przedstawiony mechanizm wyzysku kredytobiorców frankowych polegał na tym, że:

– banki zawyżając zdolność kredytową udzielały kredytów na wyższe kwoty i w znacznie większej liczbie, przyznając je klientom nie posiadającym zdolności kredytowej;

– banki sprzedając kredyty zapewniały kredytobiorców, że kredyty frankowe są tanim i bezpiecznym rozwiązaniem, deprecjonując przy tym kredyty złotówkowe, a jednocześnie zatajały przed kredytobiorcami informację o ryzyku walutowym i konsekwencjach wzrostu kursu franka.