Jesteśmy świadkami sytuacji bez precedensu. mBank cofnął apelację wniesioną w sprawie 1247 kredytobiorców frankowych, przyznając im rację w kwestii wadliwie ustalonego oprocentowania kredytów.

Sytuacja jest bezprecedensowa o tyle, że banki praktycznie nigdy nie uznają racji kredytobiorców z własnej woli. Racja ta musi dopiero zostać potwierdzona przez dwie instancje sądu, a niekiedy i Sąd Najwyższy.

W 2010 r. Miejski Rzecznik Konsumentów w Warszawie zebrał grupę kredytobiorców liczącą 1247 osób. Wszyscy ci kredytobiorcy mieli w umowach zapisane postanowienie regulujące zmienne oprocentowanie kredytu. Stanowiło ono, że bank może dokonywać zmiany oprocentowania kredytu w trakcie trwania umowy, zależnie od zmian wskaźnika stopy referencyjnej dla waluty waloryzacji oraz parametrów rynku finansowego i kapitałowego.

Czyli kiedy bank może zmienić oprocentowanie? No właśnie, nie wiadomo kiedy, a w rzeczywistości wtedy, kiedy tylko chce i mu się to opłaca.

Od zmiany jakiej stopy referencyjnej zależy zmiana oprocentowania? Nie wiadomo. Czy to będzie LIBOR trzymiesięczny, czy sześciomiesięczny? Znamy przecież różne stopy referencyjne. Od zmiany jakich parametrów rynku finansowego i kapitałowego zależy zmiana oprocentowania? Też nie wiadomo. Nie wiadomo ponadto, jak zmiana konkretnych parametrów wpływa na oprocentowanie, to znaczy jaki jest zakres tych zmian.

Tego rodzaju postanowienie jest sprzeczne z prawem, bo prawo bankowe jasno wskazuje, że bank musi sprecyzować, jakie są warunki zmiany oprocentowania. Wymóg ten wpisany jest już w definicję kredytu, a dodatkowo wynika z art. 76 PB.

Niezależnie od sprzeczności z prawem, jest to także tzw. klauzula abuzywna, która nie wiąże w relacji z konsumentami, bo przy swojej niejednoznaczności jest sprzeczna z dobrymi obyczajami i rażąco narusza ich interes.

Spór toczył się jednak jeszcze w innym aspekcie i nie chodziło wyłącznie o stwierdzenie bezprawnego charakteru tych postanowień. Kredytobiorcy słusznie zauważyli, że LIBOR, czyli właśnie stopa referencyjna dla franka szwajcarskiego, spadł istotnie od daty zawarcia przez nich umów. Ale oprocentowanie ustalane przez bank wcale nie spadało.

Jak to możliwe? W bardzo prosty sposób – bank na podstawie tak sformułowanej klauzuli zmiennego oprocentowania naliczał swoją własną marżę w miejsce spadającego LIBOR-u. W związku z tym kredytobiorcy chcieli odzyskać pieniądze, które bank pobrał nie obniżając oprocentowania w sytuacji, gdy powinien był to zrobić.

W pierwszej instancji orzekał w tej sprawie Sąd Okręgowy w Łodzi, który uznał za niedopuszczalne stosowanie tego rodzaju postanowień. W konsekwencji stwierdził, że konieczne jest zastosowanie stałego oprocentowania, które obowiązywało w dacie zawarcia umowy i faktycznie było korzystniejsze dla klientów banku.

Sąd Apelacyjny w Łodzi utrzymał to rozstrzygnięcie (http://orzeczenia.lodz.sa.gov.pl/content/mbank/152500000000503_I_ACa_001209_2013_Uz_2014-04-17_001).

Ostatnią deską ratunku dla banku była skarga kasacyjna. I tu bankowi się powiodło.

Sąd Najwyższy uchylił wyrok Sądu Apelacyjnego w Łodzi i nakazał mu ponowne rozpoznanie sprawy. Był to jeden z najbardziej kontrowersyjnych wyroków Sądu Najwyższego w kwestii kredytów frankowych. Co powiedział Sąd Najwyższy? Skoro nie wiemy, jak ustalić oprocentowanie na podstawie niejasnej klauzuli banku, to wysokość takiego oprocentowania powinien ustalić biegły.

Czym to się skończyło? Tym, że sprawa cofnięta do Sądu Apelacyjnego w Łodzi toczyła się przez pięć lat na walkach o kolejne opinie biegłego. Cóż, konia z rzędem temu, kto powie, jakie powinno być sprawiedliwe oprocentowanie stosowane przez bank.

Przez te pięć lat świat poszedł do przodu, a wraz z nim i orzecznictwo sądów zmieniło się mocno na korzyść kredytobiorców frankowych. I nagle, bank zdecydował się na niespodziewany krok – cofnął wniesioną przez siebie wcześniej apelację.

W komunikacie skierowanym do mediów oznajmił, że cofa apelację, bo sprawa oddaliła się przez tak długi okres czasu od swojego meritum. Szereg innych okoliczności pozwala jednak przypuszczać, że było to skalkulowane posunięcie banku.

Po pierwsze, biorąc pod uwagę spadek stawki LIBOR, owo rynkowe oprocentowanie wcale nie byłoby dla banku bardziej korzystne niż początkowe wynikające z umów. Po drugie, bank będzie powoływał się w innych postępowaniach sądowych na konieczność stosowania początkowej stawki oprocentowania, co wcale nie byłoby tak oczywiste dla innych sądów. W jednym z najnowszych orzeczeń Sąd Najwyższy stwierdził, że kredyt z wadliwie skonstruowanym postanowieniem o oprocentowaniu może przekształcić się w nieoprocentowaną pożyczkę.

Bank mógł zatem uznać, że lepiej mieć początkowe 2,5%, niż nic.

Tym niemniej, cofnięcie apelacji jest niespotykanym dotąd przejawem kompromisu ze strony banku. Kompromisu okupionego przyznaniem, że klauzule stosowane w umowach bankowych miały niedozwolony charakter. Wierzymy jednak, że większość kredytobiorców frankowych nie poprzestanie na tym kompromisie i będzie konsekwentnie dążyło do unieważnienia całych umów frankowych.